Tam, gdzie lekarz ma serce

Budowa anatomiczna serca
Budowa anatomiczna serca http://mituni.wordpress.com/
Sądzę, że znakomita część polskich lekarzy ma patologiczną wadę anatomii, mianowicie serce umiejscowione w kieszeni.

Serce polskiego lekarza w wielu przypadkach umiejscowione jest w okolicy portfela lub też nie ma go wcale. Przerażające, że aby wyleczyć się z poważnej choroby należy posiadać gruby portfel, bogatego stryja lub przynajmniej jeden szyb naftowy w Patagonii.


Ostatnio miałam przyjemność być poddana banalnemu zabiegowi usunięcia migdałków podniebiennych. Czekałam na niego rok. Gdy poszłam do laryngologa prywatnie oznajmił, że załatwi mi w "swoim" szpitalu zabieg za trzy miesiące. Z czego wywnioskowałam, że istnieje równoległa lista dla pacjentów prywatnych pana doktora. Skrupulatnie to zignorowałam, bowiem od migdałków się nie umiera.


Wszyscy jednak znamy z autopsji, lub choć ze słyszenia, przypadki, gdy osoba cierpiąca na chorobę śmiertelną, lub wymagającą natychmiastowej reakcji jest ciągana od jednej placówki do drugiej, czeka miesiącami na wizyty, na wyniki, i po roku okazuje się, że nie podjęto jeszcze żadnego leczenia. A potem, gdy zbierze pieniądze i zapłaci za wizytę prywatną - nagle słyszy oburzenie: jak to, jeszcze nikt z tym nic nie zrobił? I okazuje się, ze miejsce w szpitalu jest. Albo zaproszony zostaje na drogi zabieg w gabinecie prywatnym. Albo, że da się załatwić zabieg na jutro za jedyne osiemset pięćdziesiąt.

W niewielkich odstępach czasu można przeczytać prasowe doniesienia o śmierci dwu-, trzylatka na skutek zaniechania lub niedopełnienia obowiązków przez lekarzy. Nic tak mną nie wstrząsa jak śmierć i cierpienie dziecka - to przypadłość większości matek. Kiedy tragedia staje się obiektem zainteresowania opinii publicznej, pracownicy służby zdrowia entuzjastycznie zwalają swoją nikczemność na procedury i że to wina rządu. I wtedy zaczynam toczyć pianę z pyska, bowiem nie minister zdrowia olał umierające dziecko, tylko będący tam, na miejscu człowiek bez serca.

Trzecim grzechem polskich lekarzy, poza chciwością i zaniechaniem, jest ten, że nie leczą oni człowieka, tylko chorobę, a niejednokrotnie zaledwie jej objawy, nie dociekając prawdziwej przyczyny problemu. Na oddziale laryngologicznym poznałam przemiłą, gadatliwa starsza panią, która trafiła tam z zawrotami głowy, szumami w uszach i utratą słuchu, nie była w stanie nawet chodzić. Pani za wszystkich się modliła, lekarzom powtarzała, ze są najmilsi i najlepsi, a szpital najlepszy w Polsce - chyba w obawie, ze inaczej ja odeślą do domu. Po kilku dniach markowanych zabiegów faktycznie wypisali przewracającą się panią - z uśmiechem na ustach - nie sprawdziwszy przyczyny problemu i nie starawszy się nawet jej dociec. Nie mówiąc nawet, do jakiego specjalisty powinna sie udać. Bo taka procedura, a pani widocznie zajmowała im łóżko.

Niedawno przeczytałam wywiad z dr Iwoną Furman. "Dziś już nie ma lekarzy i pacjentów. Są świadczeniodawcy i świadczeniobiorcy" [WYWIAD] Jest tam mnóstwo trafnych diagnoz stanu naszej służby zdrowia. Jest ona niewydolna, nastawiona na sprawozdawczość i rozliczanie środków, pilnowanie procedur. Pacjenci są natrętami i intruzami, którzy utrudniają sprawne funkcjonowanie systemu. Zamiast być głównym obiektem zainteresowania, staja się trybikami w maszynie. Lekarze traktują ich jak szarańczę.

Kiedy patrzę jak wygląda relacja pacjentów z lekarzami dostrzegam, ze mój Pies ma w sobie więcej empatii niż większość pracowników państwowej służby zdrowia. A obserwując ten cały lupanar ciepło myślę o jego prywatyzacji i systemie w którym prywatna placówka wystawia fakturę Państwu Polskiemu.
Trwa ładowanie komentarzy...